ocena: 0+x

Nikt tak naprawdę nie wie, czym jest pech. Niektórzy chyba sądzą, iż jest to coś, czego można unikać. Tak naprawdę nie wie się, dopóki Czerwony Człowiek nie idzie po ciebie. Wiesz, że chce ciebie, gdy zaczynasz mieć naprawdę ciężkiego pecha. Niezwykłego pecha.

Nie możesz tego unikać. Nie możesz uniknąć tego, że samochód rozbije się o witrynę kawiarni, w której pracujesz. Nie możesz uniknąć zawalenie się dachu na tobą, podczas gdy śpisz. Nie możesz uniknąć przypadkowego wystrzału z broni sąsiada, z której pocisk przejdzie przez twoją ścianę. Wszystkie te rzeczy przytrafiły się mojej rodziny i przyjacielowi. Nie dobiegły one końca, dopóki wszyscy z nich nie byli martwi, w śpiączce lub w obłędzie.

On czeka, aż pozostanie ostatnia osoba. Wtedy się ukazuje.

Zacząłem uciekać, gdy moja matka spadła ze schodów i złamała sobie kręgosłup. Życie z niej uleciało, nim przestała się turlać. Pobiegłem do lasu. Pewnie. Było to pośrodku niczego, gdzie groziło mi zmiażdżenie przez upadające drzewo lub rozszarpanie przez zwierzę. Wolałem jednak to niż uwięzienie pośród niebezpiecznych urządzeń nowoczesnego człowieka.

Wziąłem wszystko, czego potrzebowałem. Świeca powinna nadal zapewniać mi ochronę i nadal mam rytuał otrzymany od moich kontaktów. Oni też już, oczywiście, nie żyją. Wyciek tlenku węgla.

Wiedziałem, że chce mojej świecy. Musiałem uniemożliwić mu jej zdobycie. Była już noc, a wiatr się wzmagał. Zapaliłem Świecę tak szybko, jak umiałem bez patrzenia na nią. Większość popołudnia spędziłem na układaniu na ziemi pierścienia z siedemdziesięciu siedmiu czerwonych świec. Po kolei je zapaliłem, a kiedy skończyłem, cały rejon był rozświetlony, jak gdyby płonęło tam wielkie palenisko. Działanie to miało dwa cele: pierścień świec nie pozwalał żadnemu człowiekowi na jego przekroczenie, a Czerwony Człowiek potrzebował ciemności, by cię odnaleźć. Mój obiekt był w stanie trzymać go z dala ode mnie.

Jednakże nie można uciec od pecha. Wiatr stał się jeszcze silniejszy, potrząsając drzewami i rzucając liśćmi w moją twarz. Świece zaczęły po kolei gasnąć. Nieustannie goniłem ciemność, ponownie zapalając świeczki tak szybko, jak umiałem. Jednakże podczas gdy zapaliłem jedną, dwie zgasły. Potem cztery, a potem osiem. Nie byłem w stanie ich wszystkich zapalić. Jednakże było to bez znaczenia. Żaden wiatr nie mógł zgasić samej Świecy — bez względu na natężenie mojego pecha.

Powiew wiatru zgasił połowę pierścienia, a ja natychmiast obróciłem się ku ciemności gotów się bronić. Następnie zgasła sama Świeca.

Gdy dobiegł do mnie i złapał mnie za głowę, nie zobaczyłem nic poza rozmytym kolorem. Nagle wszystko zaczęło sprawiać sens. Nie mogłem utrzymać go z daleka od siebie, ponieważ nazwa Czerwony Człowiek była zwodnicza. Nie było żadnego człowieka. Była tylko czerwień.